Podsumowanie roku na Substacku
Samoponiżenie, rozdarcie, zwątpienie.
Sporo osób lubi chwalić się sukcesami, zwłaszcza na LinkedIN gdzie są programowo entuzjastyczni. Ponieważ jednak newsletter nie ma związku z moim życiem zawodowym i nic od niego nie zależy to pozwolę sobie na trochę mniej obłudy.
W tym wydaniu Archiwum Internetu, na zbliżającą się rocznicę założenie newslettera, chciałbym podzielić się cierpkimi doświadczeniami pisania w 2025 i 2026 roku.
Liczbomania
Archiwum nie można nazwać porażką ale sukcesem też nie bardzo. 224 subskrybentów w rok nie jest niczym spektakularnym ale nie jest też złym wynikiem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że po pierwszych dwóch wpisach i niemal zerowym zainteresowaniu miałem 6 miesięcy przerwy.
Na poważnie zaczęło się w kwietniu, gdy trochę od niechcenia przypomniałem sobie o newsletterze. Napisałem o konsumpcjoniźmie kultury offline i okazało się nagle, że tym jednym tekstem przekonałem do siebie kilkadziesiąt osób.
Tak zaczął się cykl, który można nazwać zrywem - bo przez kilka miesięcy publikowałem dwa razy w tygodniu przeglądy prasy i eseje. Założyłem profil na Mastodonie i Instagramie robiąc za jednoosobową redakcję.
Przynosiło to skutki, to dzięki temu ten list trafia do ponad dwustu osób ale tempo pracy było niemożliwe do utrzymania. Taki wysiłek po godzinach można utrzymywać kilka miesięcy, później robi się z tego udręka.
Rozbudzone oczekiwania i samoponiżenie
Jak zaczyna rosnąć to chce się, żeby było tak w nieskończoność. I żeby było więcej i więcej. Gdy przestaje rosnąć powstaje głupie przekonanie, że zasługuje się na więcej. Na 2000 czytelników a nie 200. Wtedy zacząłem się zastanawiać, jak można pomóc Archiwum Internetu z dotarciem.
Nie jestem osobą aktywną w mediach społecznościowych dlatego wejście z newsletterem na Instagram było dla mnie pewnym szokiem cywilizacyjnym. Tysiące osób wykonują darmową pracę by zyskać chwilę uwagi oglądających, publikują codziennie kilkadziesiąt obrazków czy “relacji”, nagrywają filmiki.
Cóż i ja dołączyłem do tego cyklu z miernymi rezultatami. Nawet jeśli obserwujący przychodzili to były to puste polubienia, osoby przyzwyczajone do rolek trudno przekonuje się do czytania dłuższych tekstów.
Jednocześnie miałem poczucie udziału w praktyce wyjątkowo samoponiżającej. Nie chcę by brzmiało to pogardliwie, w końcu każda z tych osób jest twórcą. Ale odkryłem, że aktywne zdobywanie czytelników w mediach społecznościowych jest mozolne i chyba trochę uwsteczniające.
Być może rozwiązaniem nie jest marketing a lepsze pióro? Być może rozwiązaniem jest ograniczenie oczekiwań?
Substack też święty nie jest
Jeszcze gorzej, gdy w samej sieci społecznościowej Substack zaczyna dostrzegać się pustkę. Notki zdobywające uznanie często ocierają się o banał. Komentujący komentują nie dlatego, że coś jest interesujące a dlatego, że chcą zwrócić na siebie uwagę.
I znów widzę tu swoje grzechy ale widzę też źdźbła w oczach bliźnich.
No jeszcze jest ta słynna afera z Substackiem, który nie kasował newsletterów nazistów zasłaniając się wolnością słowa. W końcu to wszystko kumuluje się w jedną czarną kulę, która przygniata i demotywuje.
Wyjście z twórczego impasu jest trudne. Niebawem mija rok od założenia Archiwum Internetu i chciałbym dalej go pisać.




Substack podąża niestety drogą innych platform i proces g*wnowacenia jest nieunikniony. Niemniej opcja zasubskrybowania sobie newslettera jest fajna, bo mimo wszystko lepiej czyta się te teksty w skrzynce pocztowej niż na głośnym i kolorowym targowisku SM.
Co do Twoich cierpień twórczych i dylematów, trochę je rozumiem. Przez ok. 2 lata prowadziłem profil na IG w tematyce pieczenia chleba na zakwasie I publikowałem posty 2-3 razy w tygodniu. Udało mi sie w tym czasie zebrać prawie 1K obserwujących, i było to fajne miejsce, gdzie można było pogadać z kimś o podobnych zainteresowaniach..
A potem pojawiły się rolki, i na profilu zrobiło się ciszej - zasięgi z dnia na dzień drastycznie spadły. Miałem wiec dwa wyjścia- pisać sobie a muzom, albo zacząć robic treści wideo.
Próbowałem swoich sił w kręceniu rolek, ale okazało sie, że zmontowanie kilkudziesięciu sekund filmu zajmuje mi kilka godzin, i mój entuzjazm szybko opadł (nie wspomnę o braku infrastruktury i sprzętu do kręcenia dobrej jakości wideo).
Wtedy musiałem sobie zadać pytanie, czy nadal chcę prowadzić ten profil? Nie robiłem tego dla kasy, w sumie największym motywatorem było tworzenie i udział w społeczności i to ze moglem dzielić się wiedzą i pomagać innym. Kiedy jednak zniknęli czynni obserwatorzy, zniknęła też moja motywacja i zarzuciłem pisanie na IG.
Tęsknię za internetem, w którym ludzie tworzyli strony z potrzeby dzielenia sie swoją pasją i szukaniu podobnych sobie osób. Za linearnymi, ustrukturyzowanymi forami, gdzie to ja, a nie algorytm, szukałem dla siebie ciekawych treści.
Z drugiej strony, wiem i rozumiem, że w pewnym wieku człowiek zastanawia się, czy na pewno chce pisać na dany temat z samej potrzeby tworzenia i dzielenia się swoją pasją, czy też lepiej ten czas przeznaczyć na inne rzeczy. I czy pisanie same w sobie, niezmonetyzowane ani nie budujące "marki osobistej" (też docelowo do zmonetyzowania), ma sens.
W każdym razie, mam nadzieję, ze w jakiejś formie, choćby bardzo nieregularnej, Archiwum pozostanie na Substacku lub gdziekolwiek indziej🙃.
>osoby przyzwyczajone do rolek trudno przekonuje się do czytania dłuższych tekstów
myślę, że i z wzajemnością - choć tych opierających się dostosowaniu treści pod rolki jest znacznie mniej (jesteśmy - żartuję i nie żartuję - błędem ewolucyjnym obecnego stanu internetu), tak nie należy przenosić oczekiwań wyśrubowanych na socialach do tej przestrzeni. Banalne tipy na "produktywność" i "kreatywność" zawsze będą miały zylion polubień, niszowe tematy (niezależnie od jakości ich ujęcia) - zawsze tylko kilka. Tyle, że przynajmniej na substacku da się normalnie pisać komentarze (w drzewku) i katalogować własne posty, a nawet wyskakiwać ludziom w wyszukiwarkach. I paradoksalnie, przez fakt, że teksty wpadają na skrzynkę mailową, ludzie czytają je - przynajmniej mam takie wrażenie - uważniej i bardziej się nimi emocjonują, niż kolejnym postem, który lajkuje sie z automatu. Droga w żadną stronę w internecie nie jest obiecująca, ale ta jest, trzymam kciuki obym miał rację, mniej gówniana.